poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Recenzja: "Światło, którego nie widać" Anthony Doerr

"Marie-Laure mieszka wraz z ojcem w Paryżu, jako sześciolatka traci wzrok i odtąd uczy się poznawać świat przez dotyk i słuch. 
Pięćset kilometrów na północny wschód od Paryża w Zagłębiu Ruhry mieszka Werner Pfennig, który jako mały chłopiec stracił rodziców. Podczas jednej z zabaw Werner znajduje zepsute radio, naprawia je i wkrótce staje się ekspertem w budowaniu i naprawianiu radioodbiorników. Odtąd Werner poznaje świat, słuchając radia.
Kiedy hitlerowcy wkraczają do Paryża, dwunastoletnia Marie-Laure i  jej ojciec uciekają do miasteczka Saint-Malo w Bretanii.
Werner Pfennig trafia tam kilka lat później. Służy w elitarnym oddziale żołnierzy, który zajmuje się namierzaniem wrogich transmisji radiowych. Podczas nalotu aliantów na Saint-Malo losy tej dwójki splatają się…"         Źródło

"Światło, którego nie widać" jest książką, która wzbudziła moje zainteresowanie, już od swojej premiery. Jednak wszystko tak się potoczyło, że dopiero ostatnio udało mi się za nią zabrać. W końcu mogłam w spokoju usiąść w fotelu i zanurzyć się w tą pozycję.

Główni bohaterowie - Marie-Laure i Werner należą do dwóch różnych światów. Każdy z nich miał zupełnie inne spojrzenie na otaczającą ich wojenną rzeczywistość. Dzięki ich postaciom można było wszystko zobaczyć z dwóch skrajnych oraz przeciwstawnych miejsc. Bohaterem, którego bardziej polubiłam była Marie-Laure, ponieważ w większym stopniu potrafiła wywołać u mnie jakieś emocje. Werner był mi bardziej obojętny. Miałam z nim kłopot dlatego, że za każdym razem jak patrzyłam na jego imię, to miałam przed oczami Wertera, a nie Wernera.

Całość czytało się bardzo szybko. Wszystko to za sprawą bardzo krótkich rozdziałów, niezawierających rozległych opisów. Sama akcja książki rozwijała się w swoim tempie. Często następowały skoki między przeszłością, a przyszłością. Zostało to tak rozegrane, że czytelnik oczekiwał na kulminację wydarzeń.

Na tym niestety muszę się zatrzymać. Jak dla mnie akcja nie osiągnęła takiego tempa, jakiego bym oczekiwała. Liczyłam na większe emocje, nagły zwrot, ale taki który zaparłby mi dech. Nic takie się nie stało, dlatego czułam zawód i niedosyt. Po zakończeniu lektury pozostało mi uczucie braku "tego czegoś", co powinno było sprawić,  że książka mnie porwie.

Mimo to, samo w sobie zakończenie nie było złe. Podobało mi się jak ostatecznie autor pokierował losami bohaterów. Szczególnie duży plus za to, że Anthony Doerr dał okazję czytelnikowi do wglądu w dalszą przyszłość i losy bohaterów.

Tytuł: Światło, którego nie widać
Autor: Anthony Doerr
Wydawnictwo: Czarna owca
Ilość stron: 640
Ocena: 6.5/10
Autorka recenzji: Alice

6 komentarzy:

  1. Książkę z widzenia znam, ale nigdy nie interesowałam się tym, co ona kryje.
    Czasami lubię poczytać sobie o wojnie, także nie mówię "Nie!" tej książce, ale jakoś specjalnie też się do niej nie palę. Trochę odwiodłaś mnie tym, co napisałaś w przedostatnim akapicie. Chociaż dobrze, że rozdziały są krótkie :D

    Pozdrawiam
    Babskie Czytanki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krótkie rozdziały to ogromna zaleta tej książki. Dzięki nim te 640 stron minęło bardzo szybko ;)
      Pozdrawiam, Alice

      Usuń
  2. Książki nie czytałam, ale zainteresowała mnie.

    http://weruczyta.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Światło, którego nie widać" nie jest może idealne, ale stanowi ciekawą lekturę.
      Pozdrawiam, Alice

      Usuń
  3. Książka jest według mnie przepiękna, aż tak że poleciałam ją swojej mamie, a ona swojej koleżance i teraz mama wrażenie, że wszystko wokół mnie kręci się w okół tej książki :)

    https://herbaciane25.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dużo osób zna i kojarzy tą książkę. Mnie ona aż tak nie zachwyciła, ale nie mogę powiedzieć, że nie podobała mi się ;)
      Pozdrawiam, Alice

      Usuń

Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.